Choroba psychiczna nie przeszkodziła Cleo Ćwiek w międzynarodowej karierze modelki

– „Zmieniłam się całkowicie od kiedy wyszłam ze szpitala psychiatrycznego. To tak, jakbym cały czas nosiła w sobie jajko, które było zupełnie nijakie, niepewne i żadne, z którego dopiero wtedy wykluła się osoba. Diagnoza zmieniła mnie na lepsze.” – Cleo Ćwiek, polska modelka mieszkająca w Nowym Jorku, opowiedziała nam o swoim życiu z chorobą afektywną dwubiegunową (ChAD).



Jak objawiała się u Ciebie choroba, kiedy byłaś nastolatką?

– Trafiłam do szpitala psychiatrycznego, kiedy byłam nastolatką. To było trzy miesiące przed maturą, więc miałam wtedy 18 lat. Choroba afektywna dwubiegunowa ma charakterystyczne objawy, ponieważ składa się z manii i stanów depresyjnych. U mnie akurat w znacznym stopniu przeważały stany depresyjne, dlatego ze szpitala wyszłam z diagnozą depresji i nerwicy lękowej. Pierwszej manii, co do której zorientowałam się, że to była mania, doświadczyłam rok po wyjściu ze szpitala. Sama świadomie podjęłam decyzję, że muszę pójść powiedzieć o tym mojemu psychiatrze, chociaż był to dla mnie cudowny okres i, nie będę ściemniać, mania bardzo mi się podobała. Nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam, tak skrajnie podwyższonego nastroju i tego, że tak mi się wszystkiego chciało. Choroba raczej objawiała się u mnie stanami depresyjnymi, powiedziałabym, że w 99%.

Co czułaś i czego potrzebowałaś w najtrudniejszych momentach swojej choroby?

– Ciężko mi teraz przytoczyć, jak czułam się dokładnie, dlatego że niewiele z tego pamiętam. Pamiętam, że to, czego potrzebowałam, to oczywiście wsparcie moich rodziców i rodzeństwa. Rodzina była bardzo wyrozumiała, codziennie ktoś z nich przychodził do mnie do szpitala i po prostu nie czułam się wtedy samotna. To jest naprawdę bardzo istotne. Nawet jeśli się nie rozumie tego, na czym polega problem osoby, która trafia do szpitala psychiatrycznego, czy boryka się z chorobą albo zaburzeniem psychicznym, to ważna jest – pomimo tego, że to brzmi banalnie i każdy to powtarza – akceptacja oraz zapewnienie tej osoby, że nie jest sama i ma na kogo liczyć.

Co choroba zmieniła w Tobie?

– Zmieniłam się całkowicie od kiedy wyszłam ze szpitala psychiatrycznego. To tak, jakbym cały czas nosiła w sobie jajko, które było zupełnie nijakie, niepewne i żadne, z którego dopiero wtedy wykluła się osoba. Stałam się sobą dopiero, gdy ktoś mi powiedział: „To jest choroba. Będziesz z nią prawdopodobnie całe życie”. Nauczyłam się z tym działać i nie próbować tego zwalczać, tylko z tym żyć. Diagnoza choroby zmieniła mnie na lepsze. Być może byłam chora od zawsze, ale po prostu nikt mi o tym nie powiedział. Te wszystkie rzeczy, które nie pasowały mi we mnie, ze mną, moje zachowanie… Nie czułam się się sobą, dopiero dzięki terapii odkryłam, kim naprawdę jestem.

Jak oceniasz opiekę psychiatryczną w Polsce?

– Zanim trafiłam do szpitala miałam przebłyski, że coś może się dziać nie tak. Wtedy odbijałam od drzwi do drzwi rozmawiając z psychologami i z psychiatrami, którzy zupełnie nie potrafili zrozumieć, na czym polega mój problem. Być może ja też nie potrafiłam tego za bardzo wytłumaczyć. Ja tę opiekę, jeżeli chodzi o Instytut Psychiatrii i Neurologii, oddział dla dzieci i młodzieży, oceniam pięciogwiazdkowo. Nie bez powodu dzieciaki, które tam trafiają, mówią o tym miejscu „Hotel Sobieski”. Mam wrażenie, że wizyta tam bardzo dużo mi dała, ale to też jest kwestia tego, na jakich ludzi się trafia. Ja trafiłam na cudowną terapeutkę, panią Wandę, i na psychiatrę, z którymi do tej pory jestem w kontakcie. To są osoby prowadzące mnie od wyjścia ze szpitala. Wiem, że jeżeli chodzi o zapisanie się do lekarza przez NFZ (ja oczywiście zapisuję się prywatnie), to są to miesiące czekania. Często są to wizyty nietrafione albo rozmowy, które zupełnie się nie kleją i nic z nich nie wynika. Moje doświadczenie jest absolutnie dobre, bardzo pozytywne i jestem z niego bardzo zadowolona, natomiast słyszałam też o zupełnie innych historiach.

Jak dbasz o swoje zdrowie psychiczne?

Ćwiczę jogę, medytuję i dobrze jem. Wiem, że to może wydawać się banalne, ale to naprawdę daje bardzo dużo. Nie chcę brzmieć jak jakaś zakręcona szamanka, nic z tych rzeczy, ale naprawdę przebywanie w naturze, chodzenie po górach, ładuje energię. Kiedy tylko mamy chwilę, to zabieramy psa, wsiadamy do samochodu i jedziemy gdzieś za miasto. Wystarczy być w zgodzie ze sobą i też mieć świadomość tego, że naprawdę nic nie musisz. Wszystko co robisz należy do Ciebie i to Ty podejmujesz decyzję, czego chcesz, a to absolutnie wpływa na to, jak się czujesz.

W wywiadzie dla i-D powiedziałaś: „Mam taką teorię, że jeśli problem jest jak tort, to jak się z kimś nim podzielisz, to zostaje Ci już o połowę mniej, i tak dalej”. Niezwykle mi się to spodobało. Mogłabyś też o tym opowiedzieć?

– Miałam w pewnym momencie bardzo dużą potrzebę mówienia o tym, że choruję psychicznie. Myślę, że ta potrzeba wynikała z tego, że utworzyłam sobie taką teorię: jeśli mamy tort i przekroimy go na pół, część weźmiemy my, a drugą część weźmie ktoś, to my już mamy go o połowę mniej. Tak samo z problemem – gdy „przekroimy go” na cztery części, to my już mamy jedną czwartą, więc mamy go jeszcze mniej. Rozmawianie i mówienie o swoich problemach czy niepewnościach, potrafi otworzyć nas na nowe perspektywy. Nawet słyszenie tego, co mówimy może już zmienić nasze podejście do sytuacji albo możemy sobie zdać sprawę: „Wow! Nie sądziłam, że to jest aż tak proste, dopiero kiedy to powiedziałam głośno, dotarło to do mnie”. Na tym polega moja teoria, nie jest w ogóle naukowo udowodniona ani uzasadniona, tylko wymyślona w mojej głowie właśnie w tamtym okresie. Może to coś komuś uświadomi albo pomoże.


Rozmawiała: Amelia Gruszczyńska

 

Dodaj komentarz